Recenzowany artykuł: Jean Baudrillard: Zły duch obrazu. Tł. Justyna Niedzielska, „Film na Świecie” 2000, nr 401, s. 33-44
Na
tym etapie wszyscy powinniśmy chyba kojarzyć jegomościa o nazwisku Jean
Baudrillard. Podejrzewam, że czytając swego czasu fragmenty „Symulakrów i
symulacji” nie ja jedna mruczałam pod nosem różne nieprzyjemności, mając przed
oczami obraz napuszonego, zadowolonego z siebie pana, który siedzi za biurkiem
i napawa się poczuciem własnej mądrości, jedną ręką pisząc, a drugą
przerzucając słownik wyrazów obcych, żeby mu wszystko brzmiało głębiej i
trudniej. I w ogóle.
Wikipedia
pokazuje, że się nie myliliśmy:
Ale.
Jakkolwiek mądrości wszelakie i wywołujące uśmieszek, poetyckie metafory
Baudrillarda mogą męczyć, a nawet męczyć bardzo, nie dało się mimo wszystko
przy czytaniu zaprzeczyć, iż coś chyba jest na rzeczy. „Symulakry i symulacja”
powstały w 1981 roku, czyli zanim kultura MTV na dobre wybuchła, a o stopniu
przeniesienia kontaktów socjalnych z rzeczywistości faktycznej na sferę
wirtualną (pozdrawiamy np. użytkowników facebooka) nikomu się chyba nawet nie
śniło. (No, może z wyjątkiem McLuhana; on niezaprzeczalnie Wiedział Wszystko.)
Niemniej spostrzeżenia „Symulakrów…” uderzają dziś swoją trafnością chyba
bardziej niż musiały ówcześnie uderzać Baudrillarda.
Tylko
czy Baudrillard, zwyczajnie mówiąc, zarazem trochę nie przesadza? Zastanówmy
się.
